piątek, 27 stycznia 2017

Właśnie w tej chwili sir Witold padł na kolana i zadał Annabelli owo ponadczasowe  pytanie: „Wyjdziesz za mnie?”. Gdy ona już prawie odpowiedziała: „Tak!” oczy wszystkich zwróciły się w stronę kuzynki narzeczonej  i brata narzeczonego, którzy właśnie dochodzili do punktu kulminacyjnego  swej sprzeczki. Po tym jak Elizabeth  opuściła salę, rozgorzał w niej gwar podniesionych głosów gości oburzonych zachowaniem  dwójki młodych ludzi, którym powinno zależeć na tym, by ceremonia oświadczyn odbyła się w należytej atmosferze. Rozgniewany Witold podszedł szybkim krokiem  do brata i zapytał cierpko:                  
 - Cóżeś  uczynił? Ta dziewczyna nie zasłużyła na to, byś tak potraktował ją swymi ironicznymi uwagami jak te wszystkie puste, zajmujące się tylko przyjęciami i sukniami panny, z którymi co dzień przebywasz!                                                                     
 Edward doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że postąpił  źle. Jednak miał dumę, której nie dało się zignorować. Nie mógł, nie potrafił przyznać się do błędu, toteż odparł lekceważąco:                                                       
 - Nic   jej  nie będzie.  Popłacze i przestanie, a jak się jej sprzykrzy samotność, to pierwsza przybiegnie do mnie się pogodzić. Takie są dziewczęta,  sam mi to kiedyś mówiłeś, zapomniałeś o tym? – spojrzał na brata z uśmieszkiem kpiącym, który był jednakowoż przykrywką dla poczucia winy, które go opanowało. Witold nie dostrzegł tego jednak, zbyt zirytowany dziecinnym zachowaniem brata, który powinien wykazać się większą odpowiedzialnością za swoje czyny. Odszedł zagniewany.   Po drodze rzucał uspokajające słowa do wzburzonych gości, prosząc, by bawili się dalej.                                                     

                                                 * * *

W czasie, gdy sir Witold ganił swego młodszego brata, Elizabeth wpadła do swej komnaty, wciąż pełna oburzenia i żalu, że tak ją potraktował. Padła na taboret przed biurkiem i ukryła twarz w dłoniach. Siedziała  tak przez chwilę w bezruchu, aż wreszcie podniosła głowę i wyjrzała przez okno. Piękno widniejących w oddali zielonych łąk i lasów otrzeźwiło ją i uspokoiła się nieco. Postanowiła jeszcze raz porządnie rozpatrzyć zdarzenie, które się przed momentem rozegrało. Pewnie, że on nie powinien tak do niej mówić, jakby był starszy o lata całe, ale jednak… Skąd on mógł wiedzieć, że, że mama nie żyje? Jak widać, nikt mu o tym nie powiedział. I dobrze, nie zniosłaby, gdyby ludzie o tym plotkowali. W każdym razie, zareagowała bardzo gwałtownie i emocjonalnie. Przecież to był taki ważny dzień dla Annabelli! Może nie tak, jak wesele, ale jednak… Trzeba będzie pójść do Edwarda i pogodzić się. Jeszcze przed chwilą go nienawidziła za to, że rozdrapał na nowo tą ranę, tak skrzętnie zakamuflowaną i zabliźnioną, lecz teraz, po przepatrzeniu tej sytuacji z każdej strony, nie czuła już do niego żalu. To była jedna z jej niewątpliwych zalet: nie gniewała się długo, gasła równie szybko, jak wybuchała. Odwrotnie sprawa się miała natomiast z radością i dobrym nastrojem: trwał długo i zarażała nim wszystkich dookoła, aż ktoś nie sprawił jej przykrości, przez co wracała na ziemię i stawała się obojętna i cicha. Właśnie wtedy, gdy postanowiła przeprosić chłopaka, usłyszała pukanie.                                                                                           
– Kto tam? – zapytała, podrywając się z miejsca.  Drzwi skrzypnęły i powoli się otworzyły. W wejściu ukazał się mężczyzna   o  potężnej sylwetce. Nie znała go. Nim zdążyła choćby drgnąć, doskoczył do niej i schwycił ją za ramię, unieruchamiając w potężnym uścisku jak w imadle. Próbowała się wyrwać, lecz na próżno.                         
– Co pan robi! Proszę mnie puścić!                                                           Mężczyzna w odpowiedzi zarechotał dzikim, potwornym śmiechem człowieka, który nie bardzo wie, co czyni. Wywlókł ją z komnaty i pociągnął za sobą korytarzem, wykręcając jej przy tym rękę aż do bólu. Krzyknęła, a on uderzył ją mocno w twarz. Czyniąc to, musiał zluzować nieco uścisk na jej ramieniu. Skorzystała z tego i z rozmachem wyrwała rękę i rąbnęła go w nos  z całą mocą, na jaką ją było stać. Przez moment był lekko zamroczony i zachwiał się, lecz zaraz dopadł do niej na powrót i szarpnął w stronę schodów do wieży, w której nikt jej nie znajdzie i nie uratuje.                                                          
– Poczekaj no, mała, za chwilę nie będziesz taka odważna, już ja cię ujarzmię. – syknął przez zęby, napawając się zwycięstwem nad tą bezbronną   istotą szczęściem osoby niepoczytalnej. Sapał ze zniecierpliwienia i brutalnie popychał ją przed sobą, myśląc już, co z nią zrobi. Lecz jego grzeszne wizje nie miały szans się ziścić, bo właśnie w tym momencie ktoś wyskoczył mu z furią zza pleców i ogłuszył go celnym ciosem w głowę. Padł zemdlony na kamienną posadzkę, z ostatnim przebłyskiem świadomości, że tym razem nie udało mu się. Pod Elizabeth ugięły się nogi. Cała drżąca, poddała się mocnemu uściskowi swojego wybawcy, którym był nie kto inny, tylko Edward.                                         
 – Nic ci się nie stało? – zapytał z troską w głosie.                          
– Wszystko w porządku. – wykrztusiła z niemałym trudem. – Skąd się tu wziąłeś?         
– Szedłem do ciebie, by cię przeprosić za moje niepoważne zachowanie, gdy usłyszałem za zakrętem jakieś zamieszanie. Podążyłem w tamtym kierunku i zagotowało się we mnie, kiedy ujrzałem, co ten łotr wyczynia. Znasz  tego człowieka? – chłopak z obrzydzeniem trącił czubkiem nieruchome ciało.
– Nie, pierwszy raz go widzę. – odparła cicho, spoglądając z lękiem na swego niedoszłego oprawcę.              
– Zdaje się, że musiał wkraść się niepostrzeżenie do zamku, korzystając z tłumów i zamieszania spowodowanego zaręczynami. – zastanawiał się głośno młodzieniec. Chwycił dłoń dziewczyny i spojrzawszy jej w oczy, rzekł, że powinni odejść z tego miejsca. Szli w milczeniu, kierując się do sali jadalnej, w której spożywano właśnie obiad. Po pewnym czasie chłopak przerwał ciszę.                 
A wiec? Wybaczysz mi? Nie pomyślałem, że nie mam do czynienia z głupią, pustą lalunią, których niemało w moich stronach, lecz z mądrą i dojrzałą dziewczyną, która na dodatek jest księżniczką.                     
– Oczywiście, że nie czuję do ciebie żalu, a sama również zachowałam się emocjonalnie i dziecinnie. Poza tym, skąd miałeś wiedzieć, że moja mama nie żyje, skoro nikt ci nie powiedział. – uśmiechnęła się do chłopaka, dając mu do zrozumienia, że tamtą sprawę uważa za zamkniętą. Przed wejściem do sali jadalnej uroczyście uścisnęli sobie dłonie. – Nawet nie zauważyliśmy, kiedy przeszliśmy na ty. – roześmiał się Edward.

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Gdy weszła do ogromnej sali jadalnej, przepych i obecność wszystkich najważniejszych osób w państwie oszołomiła ją i lekko zamroczyła. Od dawna nie miała styczności z tym gwarem i bogactwem, które było na dworze królewskim na porządku dziennym. Przy wielkim, dębowym stole siedziała już większość zebranych, pozostali dopiero się schodzili. Parę metrów przed nim zatrzymała się, nie bardzo wiedząc , co robić. Napotkała wzrok kuzynki Annabelli  siedzącej obok dostojnego, czarnowłosego mężczyzny – zapewne był to sir Witold – który uśmiechnął się do niej przyjaźnie. Elizabeth  podeszła do nich na znak kuzynki.              
- Kuzynko, poznaj mojego  narzeczonego. Witoldzie, to jest Elizabeth. – przedstawiła ich sobie księżniczka, uśmiechając się zalotnie do ukochanego i zaplatając na palcach swe czekoladowe loki. Nie widziała żadnego zagrożenia w tej małej kuzynce i nie sądziła, że mogłaby się spodobać jej przyszłemu mężowi, toteż była dla niej miła i serdeczna, co było dużym zaskoczeniem, gdyż od czasu poznania  Witolda  podejrzewała każdą spotkaną ładną pannę na wydaniu o to, że ta ma zamiar odebrać jej narzeczonego. Elizabeth i Witold uścisnęli sobie dłonie z sympatią, wiedząc, że będą się dobrze rozumieć. Dziewczynie nie podobał się on jako mężczyzna – choć  był na swój sposób przystojny – ale widziała w nim dobrego, uczciwego chłopaka, który może  być oddanym przyjacielem  i  nie martwiła się już o szczęście swej kuzynki.  Pewna była, że u boku tego spokojnego, cierpliwego i pełnego poczucia humoru mężczyzny jej roztrzepana, wiecznie zakręcona siostra cioteczna odnajdzie spokój i dobrze się jej będzie z nim żyło. Mężczyzna również był rad, że sprawił pozytywne wrażenie na tej miłej dziewczynie. Obawiał się tego spotkania, wiedząc, jak duże  znaczenie  mają  dobre relacje z krewnymi przyszłej żony, zwłaszcza jeśli jest to najważniejsza rodzina w państwie. „Tak więc przedstawienie sobie Elizabeth i Witolda wypadło pomyślnie” – myślała sobie Annabella, odetchnąwszy z ulgą. W tym czasie jej młodsza kuzynka zastanawiała się, czy któryś z młodzieńców siedzących przy drugim krańcu stołu i wygłupiających się iście nie po królewsku jest bratem Witolda. Jednak omyliła się. – Kuzynko, pragnę, abyś  poznała brata mego narzeczonego. – usłyszała konspiracyjny szept księżniczki.  – Jest   to dosyć małomówny chłopiec, chyba nie czuje się tu najlepiej. Proszę cię, rozwesel go trochę i wprowadź do królewskiego towarzystwa.          
Po tych słowach Anna podeszła szybkim krokiem do zajmującego miejsce w kącie młodego mężczyzny. Elizabeth podążyła za nią, czując lęk i onieśmielenie.  Przełamując te niedorzeczne uczucia, spojrzała na niego. Był on wysoki, pełen budzącego respekt majestatu i godności – którego  nie powstydziłby się sam król – o sylwetce wojownika. Czarne włosy, podobnie  jak u brata, opadały mu na czoło. Pod  lekko zmarszczonymi brwiami błyskały żywo brązowe oczy, spoglądające  z ciekawością na wszystko dokoła, a także jakby kpiąco, jak pomyślała Elizabeth. Uznała, że ma on mniej więcej osiemnaście lat. Ubrany w typowy rycerski strój na specjalne okazje – złotobrązową tunikę przepasaną czarnym skórzanym pasem, za który zatknięty był miecz w pochwie zdobionej barwami królewskimi (podobnie jak sztylet Elizabeth).  Dziewczyna nie wiedziała, jak zinterpretować to, co ujrzała. Z jednej strony zaimponowała jej ta niewymuszona godność i dystynkcja chłopaka, ale z drugiej budziły w niej lęk te jego oczy, które spoglądały na nią ironicznie, gdy  została mu przedstawiona przez kuzynkę. 
– Miło mi pana poznać. – powiedziała nieśmiało.                 
– Mnie również. – odparł, lecz nie zabrzmiało to zbyt przekonująco. Rzucił jej spojrzenie pełne drwiącej wyższości, mające pokazać jej, że uważa ją za dziecko. Przynajmniej takie odniosła wrażenie. Annabella  jednak  nie spostrzegła napięcia, które powstało między tym dwojgiem, więc rzuciła niedbale:                                                     – To  ja zostawię was samych.  – Nie  za bardzo było to im  na rękę. Elizabeth przycupnęła na samym skraju krzesła obok chłopaka, które to miejsce wyznaczyła jej kuzynka.  Podczas posiłku niewiele ze sobą zamienili słów. Jedyne, czego się o nim dowiedziała,  to,  że na imię  mu  Edward. Gdy skończyła się część ceremonii w jadalni przeszli wszyscy do komnaty, w której miały się odbyć uroczyste zaręczyny. Przypadkowym zrządzeniem losu Elizabeth i Edward znów znaleźli się obok siebie.                                                                     – Znów panią spotykam, księżniczko  Elizabeth. Czy nie wolałaby pani usiąść z osobami bardziej w  wieku  pani? Taki stary nudziarz  jak  ja nie może zadowolić rozmową młodej, niedoświadczonej jeszcze życiem panienki jak pani. Mogę mówić wiele niezrozumiałych rzeczy.  – Powiedział to z kpiącymi iskierkami w oczach. Królewna nie bardzo wiedziała, co na tak widoczną zniewagę odpowiedzieć.   Ta aluzja do jej młodego wieku i  to, że jakoby w jej życiu nie zdarzały się  żadne  trudne momenty spowodowało, że straciła panowanie nad sobą.                                   -  Zwrócę jaśnie panu  uwagę na fakt, że nie usiadłam obok  pana  z premedytacją.  W każdym razie, pomijając mój młody wiek, nie mam tak niewyparzonego języka jak pan, sir i bez względu na to, co pan o tym sądzi, coś niecoś  w życiu przeżyłam i nie były to wcale przyjemne chwile.  – Powiedziała to lekko podniesionym, zbulwersowanym głosem. Zdumiony Edward, że dziewczyna tak szybko zareagowała na jego zaczepkę, zapytał ją, jakież to były trudne momenty.  – Jeśli  już koniecznie chce pan wiedzieć, wychowywałam się bez matki. Ojciec załamał się i   on również się mną nie zajmował. – z całych sił starała się opanować, jednak było to niełatwe.  Młodzieniec  poczuł, że chyba posunął się za daleko w kpieniu z tej ładnej księżniczki, jednak stwierdził, że skoro już tutaj zabrnął, musi to skończyć.               
 – Czy pani  ojciec  jest taki straszny, że aż żona od niego uciekła? Sądziłem, że takie rzeczy nie zdarzają się w rodzinach królewskich. – zapytał z bezczelnym, triumfalnym uśmiechem, jednak czuł się podle. Ile by dał, żeby te słowa nie zostały wypowiedziane. Było mu wstyd. Natomiast Elizabeth poczuła, jak niezwykła wściekłość ogarnia jej duszę. Żal i rozgoryczenie podeszły jej do gardła.               – Jak pan śmie! Moja matka umarła! – krzyknęła, po czym podniosła się i wybiegła z komnaty.