Gdy
weszła do ogromnej sali jadalnej, przepych i obecność wszystkich
najważniejszych osób w państwie oszołomiła ją i lekko zamroczyła. Od dawna nie
miała styczności z tym gwarem i bogactwem, które było na dworze królewskim na
porządku dziennym. Przy wielkim, dębowym stole siedziała już większość
zebranych, pozostali dopiero się schodzili. Parę metrów przed nim zatrzymała
się, nie bardzo wiedząc , co robić. Napotkała wzrok kuzynki Annabelli siedzącej obok dostojnego, czarnowłosego mężczyzny
– zapewne był to sir Witold – który uśmiechnął się do niej przyjaźnie.
Elizabeth podeszła do nich na znak
kuzynki.
- Kuzynko, poznaj mojego narzeczonego. Witoldzie, to jest Elizabeth. –
przedstawiła ich sobie księżniczka, uśmiechając się zalotnie do ukochanego i
zaplatając na palcach swe czekoladowe loki. Nie widziała żadnego zagrożenia w
tej małej kuzynce i nie sądziła, że mogłaby się spodobać jej przyszłemu mężowi,
toteż była dla niej miła i serdeczna, co było dużym zaskoczeniem, gdyż od czasu
poznania Witolda podejrzewała każdą spotkaną ładną pannę na
wydaniu o to, że ta ma zamiar odebrać jej narzeczonego. Elizabeth i Witold uścisnęli
sobie dłonie z sympatią, wiedząc, że będą się dobrze rozumieć. Dziewczynie nie
podobał się on jako mężczyzna – choć był
na swój sposób przystojny – ale widziała w nim dobrego, uczciwego chłopaka,
który może być oddanym przyjacielem i nie
martwiła się już o szczęście swej kuzynki.
Pewna była, że u boku tego spokojnego, cierpliwego i pełnego poczucia
humoru mężczyzny jej roztrzepana, wiecznie zakręcona siostra cioteczna
odnajdzie spokój i dobrze się jej będzie z nim żyło. Mężczyzna również był rad,
że sprawił pozytywne wrażenie na tej miłej dziewczynie. Obawiał się tego
spotkania, wiedząc, jak duże
znaczenie mają dobre relacje z krewnymi przyszłej żony,
zwłaszcza jeśli jest to najważniejsza rodzina w państwie. „Tak więc przedstawienie
sobie Elizabeth i Witolda wypadło pomyślnie” – myślała sobie Annabella,
odetchnąwszy z ulgą. W tym czasie jej młodsza kuzynka zastanawiała się, czy
któryś z młodzieńców siedzących przy drugim krańcu stołu i wygłupiających się
iście nie po królewsku jest bratem Witolda. Jednak omyliła się. –
Kuzynko, pragnę, abyś poznała brata mego
narzeczonego. – usłyszała konspiracyjny szept księżniczki. – Jest
to dosyć małomówny chłopiec, chyba nie czuje się tu najlepiej. Proszę
cię, rozwesel go trochę i wprowadź do królewskiego towarzystwa.
Po tych słowach Anna podeszła szybkim krokiem do zajmującego miejsce w
kącie młodego mężczyzny. Elizabeth podążyła za nią, czując lęk i
onieśmielenie. Przełamując te
niedorzeczne uczucia, spojrzała na niego. Był on wysoki, pełen budzącego
respekt majestatu i godności – którego
nie powstydziłby się sam król – o sylwetce wojownika. Czarne włosy,
podobnie jak u brata, opadały mu na
czoło. Pod lekko zmarszczonymi brwiami
błyskały żywo brązowe oczy, spoglądające
z ciekawością na wszystko dokoła, a także jakby kpiąco, jak pomyślała
Elizabeth. Uznała, że ma on mniej więcej osiemnaście lat. Ubrany w typowy
rycerski strój na specjalne okazje – złotobrązową tunikę przepasaną czarnym
skórzanym pasem, za który zatknięty był miecz w pochwie zdobionej barwami
królewskimi (podobnie jak sztylet Elizabeth).
Dziewczyna nie wiedziała, jak zinterpretować to, co ujrzała. Z jednej
strony zaimponowała jej ta niewymuszona godność i dystynkcja chłopaka, ale z
drugiej budziły w niej lęk te jego oczy, które spoglądały na nią ironicznie,
gdy została mu przedstawiona przez
kuzynkę.
– Miło
mi pana poznać. – powiedziała nieśmiało.
– Mnie również. – odparł,
lecz nie zabrzmiało to zbyt przekonująco. Rzucił jej spojrzenie pełne drwiącej
wyższości, mające pokazać jej, że uważa ją za dziecko. Przynajmniej takie
odniosła wrażenie. Annabella jednak nie spostrzegła napięcia, które powstało
między tym dwojgiem, więc rzuciła niedbale: – To ja zostawię was samych. – Nie
za bardzo było to im na rękę.
Elizabeth przycupnęła na samym skraju krzesła obok chłopaka, które to miejsce
wyznaczyła jej kuzynka. Podczas posiłku
niewiele ze sobą zamienili słów. Jedyne, czego się o nim dowiedziała, to, że
na imię mu Edward. Gdy skończyła się część ceremonii w
jadalni przeszli wszyscy do komnaty, w której miały się odbyć uroczyste
zaręczyny. Przypadkowym zrządzeniem losu Elizabeth i Edward znów znaleźli się obok siebie. – Znów panią spotykam,
księżniczko Elizabeth. Czy nie wolałaby
pani usiąść z osobami bardziej w wieku pani? Taki stary nudziarz jak ja
nie może zadowolić rozmową młodej, niedoświadczonej jeszcze życiem panienki jak
pani. Mogę mówić wiele niezrozumiałych rzeczy.
– Powiedział to z kpiącymi iskierkami w oczach. Królewna nie bardzo
wiedziała, co na tak widoczną zniewagę odpowiedzieć. Ta aluzja do jej młodego wieku i to, że jakoby w jej życiu nie zdarzały się żadne trudne
momenty spowodowało, że straciła panowanie nad sobą. -
Zwrócę jaśnie panu uwagę na fakt,
że nie usiadłam obok pana z premedytacją. W każdym razie, pomijając mój młody wiek, nie
mam tak niewyparzonego języka jak pan, sir i bez względu na to, co pan o tym
sądzi, coś niecoś w życiu przeżyłam i
nie były to wcale przyjemne chwile. –
Powiedziała to lekko podniesionym, zbulwersowanym głosem. Zdumiony Edward, że
dziewczyna tak szybko zareagowała na jego zaczepkę, zapytał ją, jakież to były
trudne momenty. – Jeśli już koniecznie chce pan wiedzieć,
wychowywałam się bez matki. Ojciec załamał się i on również się mną nie zajmował. – z całych
sił starała się opanować, jednak było to niełatwe. Młodzieniec
poczuł, że chyba posunął się za daleko w kpieniu z tej ładnej
księżniczki, jednak stwierdził, że skoro już tutaj zabrnął, musi to skończyć.
– Czy pani ojciec
jest taki straszny, że aż żona od niego uciekła? Sądziłem, że takie
rzeczy nie zdarzają się w rodzinach królewskich. – zapytał z bezczelnym,
triumfalnym uśmiechem, jednak czuł się podle. Ile by dał, żeby te słowa nie
zostały wypowiedziane. Było mu wstyd. Natomiast Elizabeth poczuła, jak
niezwykła wściekłość ogarnia jej duszę. Żal i rozgoryczenie podeszły jej do
gardła. –
Jak pan śmie! Moja matka umarła! – krzyknęła, po czym podniosła się i wybiegła
z komnaty.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz