poniedziałek, 2 stycznia 2017

Gdy weszła do ogromnej sali jadalnej, przepych i obecność wszystkich najważniejszych osób w państwie oszołomiła ją i lekko zamroczyła. Od dawna nie miała styczności z tym gwarem i bogactwem, które było na dworze królewskim na porządku dziennym. Przy wielkim, dębowym stole siedziała już większość zebranych, pozostali dopiero się schodzili. Parę metrów przed nim zatrzymała się, nie bardzo wiedząc , co robić. Napotkała wzrok kuzynki Annabelli  siedzącej obok dostojnego, czarnowłosego mężczyzny – zapewne był to sir Witold – który uśmiechnął się do niej przyjaźnie. Elizabeth  podeszła do nich na znak kuzynki.              
- Kuzynko, poznaj mojego  narzeczonego. Witoldzie, to jest Elizabeth. – przedstawiła ich sobie księżniczka, uśmiechając się zalotnie do ukochanego i zaplatając na palcach swe czekoladowe loki. Nie widziała żadnego zagrożenia w tej małej kuzynce i nie sądziła, że mogłaby się spodobać jej przyszłemu mężowi, toteż była dla niej miła i serdeczna, co było dużym zaskoczeniem, gdyż od czasu poznania  Witolda  podejrzewała każdą spotkaną ładną pannę na wydaniu o to, że ta ma zamiar odebrać jej narzeczonego. Elizabeth i Witold uścisnęli sobie dłonie z sympatią, wiedząc, że będą się dobrze rozumieć. Dziewczynie nie podobał się on jako mężczyzna – choć  był na swój sposób przystojny – ale widziała w nim dobrego, uczciwego chłopaka, który może  być oddanym przyjacielem  i  nie martwiła się już o szczęście swej kuzynki.  Pewna była, że u boku tego spokojnego, cierpliwego i pełnego poczucia humoru mężczyzny jej roztrzepana, wiecznie zakręcona siostra cioteczna odnajdzie spokój i dobrze się jej będzie z nim żyło. Mężczyzna również był rad, że sprawił pozytywne wrażenie na tej miłej dziewczynie. Obawiał się tego spotkania, wiedząc, jak duże  znaczenie  mają  dobre relacje z krewnymi przyszłej żony, zwłaszcza jeśli jest to najważniejsza rodzina w państwie. „Tak więc przedstawienie sobie Elizabeth i Witolda wypadło pomyślnie” – myślała sobie Annabella, odetchnąwszy z ulgą. W tym czasie jej młodsza kuzynka zastanawiała się, czy któryś z młodzieńców siedzących przy drugim krańcu stołu i wygłupiających się iście nie po królewsku jest bratem Witolda. Jednak omyliła się. – Kuzynko, pragnę, abyś  poznała brata mego narzeczonego. – usłyszała konspiracyjny szept księżniczki.  – Jest   to dosyć małomówny chłopiec, chyba nie czuje się tu najlepiej. Proszę cię, rozwesel go trochę i wprowadź do królewskiego towarzystwa.          
Po tych słowach Anna podeszła szybkim krokiem do zajmującego miejsce w kącie młodego mężczyzny. Elizabeth podążyła za nią, czując lęk i onieśmielenie.  Przełamując te niedorzeczne uczucia, spojrzała na niego. Był on wysoki, pełen budzącego respekt majestatu i godności – którego  nie powstydziłby się sam król – o sylwetce wojownika. Czarne włosy, podobnie  jak u brata, opadały mu na czoło. Pod  lekko zmarszczonymi brwiami błyskały żywo brązowe oczy, spoglądające  z ciekawością na wszystko dokoła, a także jakby kpiąco, jak pomyślała Elizabeth. Uznała, że ma on mniej więcej osiemnaście lat. Ubrany w typowy rycerski strój na specjalne okazje – złotobrązową tunikę przepasaną czarnym skórzanym pasem, za który zatknięty był miecz w pochwie zdobionej barwami królewskimi (podobnie jak sztylet Elizabeth).  Dziewczyna nie wiedziała, jak zinterpretować to, co ujrzała. Z jednej strony zaimponowała jej ta niewymuszona godność i dystynkcja chłopaka, ale z drugiej budziły w niej lęk te jego oczy, które spoglądały na nią ironicznie, gdy  została mu przedstawiona przez kuzynkę. 
– Miło mi pana poznać. – powiedziała nieśmiało.                 
– Mnie również. – odparł, lecz nie zabrzmiało to zbyt przekonująco. Rzucił jej spojrzenie pełne drwiącej wyższości, mające pokazać jej, że uważa ją za dziecko. Przynajmniej takie odniosła wrażenie. Annabella  jednak  nie spostrzegła napięcia, które powstało między tym dwojgiem, więc rzuciła niedbale:                                                     – To  ja zostawię was samych.  – Nie  za bardzo było to im  na rękę. Elizabeth przycupnęła na samym skraju krzesła obok chłopaka, które to miejsce wyznaczyła jej kuzynka.  Podczas posiłku niewiele ze sobą zamienili słów. Jedyne, czego się o nim dowiedziała,  to,  że na imię  mu  Edward. Gdy skończyła się część ceremonii w jadalni przeszli wszyscy do komnaty, w której miały się odbyć uroczyste zaręczyny. Przypadkowym zrządzeniem losu Elizabeth i Edward znów znaleźli się obok siebie.                                                                     – Znów panią spotykam, księżniczko  Elizabeth. Czy nie wolałaby pani usiąść z osobami bardziej w  wieku  pani? Taki stary nudziarz  jak  ja nie może zadowolić rozmową młodej, niedoświadczonej jeszcze życiem panienki jak pani. Mogę mówić wiele niezrozumiałych rzeczy.  – Powiedział to z kpiącymi iskierkami w oczach. Królewna nie bardzo wiedziała, co na tak widoczną zniewagę odpowiedzieć.   Ta aluzja do jej młodego wieku i  to, że jakoby w jej życiu nie zdarzały się  żadne  trudne momenty spowodowało, że straciła panowanie nad sobą.                                   -  Zwrócę jaśnie panu  uwagę na fakt, że nie usiadłam obok  pana  z premedytacją.  W każdym razie, pomijając mój młody wiek, nie mam tak niewyparzonego języka jak pan, sir i bez względu na to, co pan o tym sądzi, coś niecoś  w życiu przeżyłam i nie były to wcale przyjemne chwile.  – Powiedziała to lekko podniesionym, zbulwersowanym głosem. Zdumiony Edward, że dziewczyna tak szybko zareagowała na jego zaczepkę, zapytał ją, jakież to były trudne momenty.  – Jeśli  już koniecznie chce pan wiedzieć, wychowywałam się bez matki. Ojciec załamał się i   on również się mną nie zajmował. – z całych sił starała się opanować, jednak było to niełatwe.  Młodzieniec  poczuł, że chyba posunął się za daleko w kpieniu z tej ładnej księżniczki, jednak stwierdził, że skoro już tutaj zabrnął, musi to skończyć.               
 – Czy pani  ojciec  jest taki straszny, że aż żona od niego uciekła? Sądziłem, że takie rzeczy nie zdarzają się w rodzinach królewskich. – zapytał z bezczelnym, triumfalnym uśmiechem, jednak czuł się podle. Ile by dał, żeby te słowa nie zostały wypowiedziane. Było mu wstyd. Natomiast Elizabeth poczuła, jak niezwykła wściekłość ogarnia jej duszę. Żal i rozgoryczenie podeszły jej do gardła.               – Jak pan śmie! Moja matka umarła! – krzyknęła, po czym podniosła się i wybiegła z komnaty. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz