- Cóżeś uczynił? Ta dziewczyna nie zasłużyła na to, byś tak potraktował ją swymi ironicznymi uwagami jak te wszystkie puste, zajmujące się tylko przyjęciami i sukniami panny, z którymi co dzień przebywasz!
Edward doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że postąpił źle. Jednak miał dumę, której nie dało się zignorować. Nie mógł, nie potrafił przyznać się do błędu, toteż odparł lekceważąco:
- Nic jej nie będzie. Popłacze i przestanie, a jak się jej sprzykrzy samotność, to pierwsza przybiegnie do mnie się pogodzić. Takie są dziewczęta, sam mi to kiedyś mówiłeś, zapomniałeś o tym? – spojrzał na brata z uśmieszkiem kpiącym, który był jednakowoż przykrywką dla poczucia winy, które go opanowało. Witold nie dostrzegł tego jednak, zbyt zirytowany dziecinnym zachowaniem brata, który powinien wykazać się większą odpowiedzialnością za swoje czyny. Odszedł zagniewany. Po drodze rzucał uspokajające słowa do wzburzonych gości, prosząc, by bawili się dalej.
W czasie, gdy sir Witold ganił swego młodszego brata,
Elizabeth wpadła do swej komnaty, wciąż pełna oburzenia i żalu, że tak ją
potraktował. Padła na taboret przed biurkiem i ukryła twarz w dłoniach.
Siedziała tak przez chwilę w bezruchu,
aż wreszcie podniosła głowę i wyjrzała przez okno. Piękno widniejących w oddali
zielonych łąk i lasów otrzeźwiło ją i uspokoiła się nieco. Postanowiła jeszcze
raz porządnie rozpatrzyć zdarzenie, które się przed momentem rozegrało. Pewnie,
że on nie powinien tak do niej mówić, jakby był starszy o lata całe, ale
jednak… Skąd on mógł wiedzieć, że, że mama nie żyje? Jak widać, nikt mu o tym
nie powiedział. I dobrze, nie zniosłaby, gdyby ludzie o tym plotkowali. W
każdym razie, zareagowała bardzo gwałtownie i emocjonalnie. Przecież to był
taki ważny dzień dla Annabelli! Może nie tak, jak wesele, ale jednak… Trzeba
będzie pójść do Edwarda i pogodzić się. Jeszcze przed chwilą go nienawidziła za
to, że rozdrapał na nowo tą ranę, tak skrzętnie zakamuflowaną i zabliźnioną,
lecz teraz, po przepatrzeniu tej sytuacji z każdej strony, nie czuła już do
niego żalu. To była jedna z jej niewątpliwych zalet: nie gniewała się długo,
gasła równie szybko, jak wybuchała. Odwrotnie sprawa się miała natomiast z
radością i dobrym nastrojem: trwał długo i zarażała nim wszystkich dookoła, aż
ktoś nie sprawił jej przykrości, przez co wracała na ziemię i stawała się obojętna
i cicha. Właśnie wtedy, gdy postanowiła przeprosić chłopaka, usłyszała
pukanie.
– Kto tam? – zapytała, podrywając się z miejsca. Drzwi skrzypnęły i powoli się otworzyły. W wejściu ukazał się mężczyzna o potężnej sylwetce. Nie znała go. Nim zdążyła choćby drgnąć, doskoczył do niej i schwycił ją za ramię, unieruchamiając w potężnym uścisku jak w imadle. Próbowała się wyrwać, lecz na próżno.
– Co pan robi! Proszę mnie puścić! Mężczyzna w odpowiedzi zarechotał dzikim, potwornym śmiechem człowieka, który nie bardzo wie, co czyni. Wywlókł ją z komnaty i pociągnął za sobą korytarzem, wykręcając jej przy tym rękę aż do bólu. Krzyknęła, a on uderzył ją mocno w twarz. Czyniąc to, musiał zluzować nieco uścisk na jej ramieniu. Skorzystała z tego i z rozmachem wyrwała rękę i rąbnęła go w nos z całą mocą, na jaką ją było stać. Przez moment był lekko zamroczony i zachwiał się, lecz zaraz dopadł do niej na powrót i szarpnął w stronę schodów do wieży, w której nikt jej nie znajdzie i nie uratuje.
– Poczekaj no, mała, za chwilę nie będziesz taka odważna, już ja cię ujarzmię. – syknął przez zęby, napawając się zwycięstwem nad tą bezbronną istotą szczęściem osoby niepoczytalnej. Sapał ze zniecierpliwienia i brutalnie popychał ją przed sobą, myśląc już, co z nią zrobi. Lecz jego grzeszne wizje nie miały szans się ziścić, bo właśnie w tym momencie ktoś wyskoczył mu z furią zza pleców i ogłuszył go celnym ciosem w głowę. Padł zemdlony na kamienną posadzkę, z ostatnim przebłyskiem świadomości, że tym razem nie udało mu się. Pod Elizabeth ugięły się nogi. Cała drżąca, poddała się mocnemu uściskowi swojego wybawcy, którym był nie kto inny, tylko Edward.
– Nic ci się nie stało? – zapytał z troską w głosie.
– Wszystko w porządku. – wykrztusiła z niemałym trudem. – Skąd się tu wziąłeś?
– Szedłem do ciebie, by cię przeprosić za moje niepoważne zachowanie, gdy usłyszałem za zakrętem jakieś zamieszanie. Podążyłem w tamtym kierunku i zagotowało się we mnie, kiedy ujrzałem, co ten łotr wyczynia. Znasz tego człowieka? – chłopak z obrzydzeniem trącił czubkiem nieruchome ciało.
– Nie, pierwszy raz go widzę. – odparła cicho, spoglądając z lękiem na swego niedoszłego oprawcę.
– Zdaje się, że musiał wkraść się niepostrzeżenie do zamku, korzystając z tłumów i zamieszania spowodowanego zaręczynami. – zastanawiał się głośno młodzieniec. Chwycił dłoń dziewczyny i spojrzawszy jej w oczy, rzekł, że powinni odejść z tego miejsca. Szli w milczeniu, kierując się do sali jadalnej, w której spożywano właśnie obiad. Po pewnym czasie chłopak przerwał ciszę.
– A wiec? Wybaczysz mi? Nie pomyślałem, że nie mam do czynienia z głupią, pustą lalunią, których niemało w moich stronach, lecz z mądrą i dojrzałą dziewczyną, która na dodatek jest księżniczką.
– Oczywiście, że nie czuję do ciebie żalu, a sama również zachowałam się emocjonalnie i dziecinnie. Poza tym, skąd miałeś wiedzieć, że moja mama nie żyje, skoro nikt ci nie powiedział. – uśmiechnęła się do chłopaka, dając mu do zrozumienia, że tamtą sprawę uważa za zamkniętą. Przed wejściem do sali jadalnej uroczyście uścisnęli sobie dłonie. – Nawet nie zauważyliśmy, kiedy przeszliśmy na ty. – roześmiał się Edward.
– Kto tam? – zapytała, podrywając się z miejsca. Drzwi skrzypnęły i powoli się otworzyły. W wejściu ukazał się mężczyzna o potężnej sylwetce. Nie znała go. Nim zdążyła choćby drgnąć, doskoczył do niej i schwycił ją za ramię, unieruchamiając w potężnym uścisku jak w imadle. Próbowała się wyrwać, lecz na próżno.
– Co pan robi! Proszę mnie puścić! Mężczyzna w odpowiedzi zarechotał dzikim, potwornym śmiechem człowieka, który nie bardzo wie, co czyni. Wywlókł ją z komnaty i pociągnął za sobą korytarzem, wykręcając jej przy tym rękę aż do bólu. Krzyknęła, a on uderzył ją mocno w twarz. Czyniąc to, musiał zluzować nieco uścisk na jej ramieniu. Skorzystała z tego i z rozmachem wyrwała rękę i rąbnęła go w nos z całą mocą, na jaką ją było stać. Przez moment był lekko zamroczony i zachwiał się, lecz zaraz dopadł do niej na powrót i szarpnął w stronę schodów do wieży, w której nikt jej nie znajdzie i nie uratuje.
– Poczekaj no, mała, za chwilę nie będziesz taka odważna, już ja cię ujarzmię. – syknął przez zęby, napawając się zwycięstwem nad tą bezbronną istotą szczęściem osoby niepoczytalnej. Sapał ze zniecierpliwienia i brutalnie popychał ją przed sobą, myśląc już, co z nią zrobi. Lecz jego grzeszne wizje nie miały szans się ziścić, bo właśnie w tym momencie ktoś wyskoczył mu z furią zza pleców i ogłuszył go celnym ciosem w głowę. Padł zemdlony na kamienną posadzkę, z ostatnim przebłyskiem świadomości, że tym razem nie udało mu się. Pod Elizabeth ugięły się nogi. Cała drżąca, poddała się mocnemu uściskowi swojego wybawcy, którym był nie kto inny, tylko Edward.
– Nic ci się nie stało? – zapytał z troską w głosie.
– Wszystko w porządku. – wykrztusiła z niemałym trudem. – Skąd się tu wziąłeś?
– Szedłem do ciebie, by cię przeprosić za moje niepoważne zachowanie, gdy usłyszałem za zakrętem jakieś zamieszanie. Podążyłem w tamtym kierunku i zagotowało się we mnie, kiedy ujrzałem, co ten łotr wyczynia. Znasz tego człowieka? – chłopak z obrzydzeniem trącił czubkiem nieruchome ciało.
– Nie, pierwszy raz go widzę. – odparła cicho, spoglądając z lękiem na swego niedoszłego oprawcę.
– Zdaje się, że musiał wkraść się niepostrzeżenie do zamku, korzystając z tłumów i zamieszania spowodowanego zaręczynami. – zastanawiał się głośno młodzieniec. Chwycił dłoń dziewczyny i spojrzawszy jej w oczy, rzekł, że powinni odejść z tego miejsca. Szli w milczeniu, kierując się do sali jadalnej, w której spożywano właśnie obiad. Po pewnym czasie chłopak przerwał ciszę.
– A wiec? Wybaczysz mi? Nie pomyślałem, że nie mam do czynienia z głupią, pustą lalunią, których niemało w moich stronach, lecz z mądrą i dojrzałą dziewczyną, która na dodatek jest księżniczką.
– Oczywiście, że nie czuję do ciebie żalu, a sama również zachowałam się emocjonalnie i dziecinnie. Poza tym, skąd miałeś wiedzieć, że moja mama nie żyje, skoro nikt ci nie powiedział. – uśmiechnęła się do chłopaka, dając mu do zrozumienia, że tamtą sprawę uważa za zamkniętą. Przed wejściem do sali jadalnej uroczyście uścisnęli sobie dłonie. – Nawet nie zauważyliśmy, kiedy przeszliśmy na ty. – roześmiał się Edward.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz