Książęce zaręczyny
Był mglisty, wiosenny poranek. Na tle zielonych wzgórz
rysował się potężny zamek. Mimo masywności jego murów stwarzał
dookoła siebie aurę majestatu i gracji. Lasy bukowe tworzyły jego naturalną
ochronę przed wrogiem. Słońce złocistą smugą wpadało przez okno małej komnaty w
wieży, oświetlając twarz jej mieszkanki pogrążonej w głębokim śnie. Przebywała
w krainie cieni, nie wiedząc, co przyniesie ten dzień. Rozrzucone na poduszkach
płowe włosy tworzyły dookoła jej twarzy aureolę, podkreślając delikatność jej
rysów. Drobne dłonie barwy kości słoniowej spoczywały skrzyżowane na piersiach.
Nic nie zakłócało ciszy w tym sennym pomieszczeniu prócz miarowego oddechu
dziewczyny. Obok łoża stał niewielki
kuferek, zawierający większość przedmiotów należących do śpiącej. W dębowej,
solidnej szafie wisiały tylko dwie sukienki – jedna błękitna, przeznaczona na
specjalne okazje, a druga liliowa, służąca jako strój codzienny. Nie miała nic
więcej, ponieważ była tu tylko przejazdem.
Jako kuzynka księżniczki Annabelli została zaproszona na jej oficjalne
zaręczyny z bogatym dworzaninem , które miały się odbyć już dzisiaj. Wysłana
przez ojca razem z dworzanami stawiła się na zamku poprzedniego ranka, aby
uczestniczyć w ostatnich gorączkowych przygotowaniach. Z pogardą myślała o czymś takim jak
zaręczyny, zwłaszcza w wieku jej ciotecznej siostry, która nie miała jeszcze
osiemnastu lat. Ona sama była jeszcze młodsza ( w poprzednim miesiącu skończyła
piętnasty rok życia i z tej okazji otrzymała od ojca pierścień z ametystem oraz
elegancki sztylet w rękojeści zdobionej barwami króla, aby mogła się obronić
przed wrogami), lecz nie miała zamiaru przejmować się czymś takim jak romanse i
bawiło ją, gdy jej wysoko urodzone koleżanki opowiadały z zapałem o obiektach swych
nieodwzajemnionych uczuć. Wiedziała, że kiedyś i na nią przyjdzie czas, ale na
razie żyła bez sercowych rozterek. Miała wystarczająco dużo innych problemów. Matka
jej zmarła na nieuleczalną chorobę, gdy miała ona siedem lat. Była
wystarczająco duża, by pojąć ogrom tragedii i by pamiętać. To było najgorsze.
Na samym początku budziła się co noc z niepohamowanym płaczem, tłumiąc go czym
prędzej, by nie obudzić ojca. Z biegiem czasu rana się zabliźniła, lecz
pozostał trwały ślad. Nauczyła się normalnie funkcjonować i wróciła do życia.
Jednak w jej tacie – który jako młodszy brat króla pełnił równie ważną funkcję
w państwie – ból pozostał taki sam, nie dało się go niczym uśmierzyć. W ciągu tych paru lat coraz bardziej
podupadał na duchu i zdrowiu. Najlepsi znachorzy królestwa przysyłani przez
rozgniewanego króla podtrzymywali jego stan jako tako w stabilności, jednak
załamywali ręce i mówili, że nie jest możliwe zrobić nic więcej bez jego woli
do życia. Tylko przy córce ożywiał się i nawet rozmawiał z nią, co było
odmianą, gdyż większość dnia spędzał wpatrzony w jeden punkt. Więc jak widać
nie miała czasu na zakochanie się.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz